Joanna Wielgolawska-Pilas

adwokat

Jestem adwokatem od 2011 roku. Specjalizuję się w prawie medycznym i odszkodowawczym. Prowadzę procesy dotyczące błędów medycznych...
[Więcej >>>]

Skontaktuj się!

Prawo pacjenta do informacji jest jednym z podstawowych prawa pacjenta. I chyba żadne inne prawo leczonych nie jest tak często łamane, jak właśnie to. Czy zatem pacjent ma prawo do informacji o błędzie medycznym?

Prawo pacjenta do informacji

Zacznijmy jednak od tego, czym jest prawo pacjenta do informacji.

To uprawnienie do uzyskania od osoby wykonującej zawód medyczny przystępnej informacji o:

  • stanie zdrowia,
  • rozpoznaniu,
  • proponowanych oraz możliwych metodach diagnostycznych i leczniczych,
  • dających się przewidzieć następstwach ich zastosowania albo zaniechania,
  • wynikach leczenia oraz rokowaniu.

Oznacza to, że lekarz powinien w sposób zrozumiały dla danego pacjenta wyjaśnić mu na co choruje, jak to schorzenie można leczyć, jaki sposób leczenia on proponuje, jakich wyników można się spodziewać, jakie są przewidywalne skutki niepoddania się przez pacjenta terapii.

Bardzo ważna, a w przypadku roszczeń odszkodowawczych, wręcz kluczowa, jest informacja o ryzykach związanych z daną terapią, zabiegiem czy operacją. Tylko wtedy, gdy pacjent będzie miał pełną wiedzę o swojej sytuacji, podejmie świadomą decyzję o leczeniu i wyrazi na nie tzw. poinformowaną zgodę. W przeciwnym wypadku leczenie odbywa się bezprawnie.

Zatem pacjencie, nie wstydź się powiedzieć lekarzowi, że nie rozumiesz medycznych sformułowań, że informacja została przekazana Ci zbyt szybko, że nie dosłyszałeś, że o coś jeszcze chcesz dopytać. Sprawa dotyczy jednej z najcenniejszych rzeczy jaką masz – Twojego zdrowia. Masz prawo o nie pytać.

Dobra komunikacja ma jeszcze większe znaczenie przy świadczeniach medycznych udzielanych w formie teleporad. Pisałam o tym w artykule pt. Telemedycyna w czasach pandemii.

To tyle w słowem wstępu. Teraz o prawie pacjenta do informacji o przebiegu leczenia i jego wynikach.  

Prawo pacjenta do informacji o przebiegu leczenia i jego wynikach

Jeżeli wyniki leczenia są pomyślne, to lekarze chętnie o nich mówią oraz wpisują do dokumentacji medycznej. Schody zaczynają się w przypadku tych negatywnych, a szczególnie błędów medycznych – najogólniej rzecz ujmując – niekorzystnych skutków leczenia, które powstały z winy osób wykonujących zawody medyczne.

Pokusy ukrywania błędów medycznych pojawiają się w specjalizacjach zabiegowych. Zdarza się, że podczas operacji dochodzi do uszkodzenia organu sąsiadującego z operowanym miejscem, przecięcia większego naczynia krwionośnego czy uszkodzenia nerwu. Pacjent o niczym nie wie, ponieważ w trakcie zabiegu jest nieprzytomny.

Czy pacjent ma prawo do informacji o błędzie medycznym?

Uchybienia nie zawsze wpisuje się do dokumentacji medycznej. Nie zawsze też pacjenci są o nich informowani. Wewnętrznych uszkodzeń ciała nie widać gołym okiem, miejsce operowane i tak boli. Początkowo trudno pacjentowi się zorientować, czy dolegliwość jest typowa i związana z danym rodzajem operacji, czy też w jej trakcie wydarzyło się coś jeszcze.

Część pomyłek na szczęście można naprawić „na bieżąco”. Przecięte organy, np. jelita można zaopatrzyć podczas operacji, a uszkodzone naczynia krwionośne podwiązać.

Czy pacjent ma być o tym informowany? Podpisywał przecież zgodę na zabieg, zgodził się na wystąpienie opisanych w nim ryzyk, ryzyko wystąpiło, ale problem został naprawiony, koniec kropka.

Otóż nie do końca.

Pełne prawo do informacji dotyczącej stanu zdrowia

Po pierwsze, pacjent ma pełne prawo do informacji dotyczącej jego stanu zdrowia. Wpisują się w to, także sytuacje, które wydarzyły się w trakcie zabiegu, o ile rzutują na stan zdrowia pacjenta.

Po drugie, „cerowany” narząd już nie jest taki sam, jak poprzednio. Zwiększa się ryzyko wystąpienia powikłań w okresie pooperacyjnym – to dodatkowe zszyte, gojące się miejsce. Mogą pojawić się w związku z tym inne objawy oraz dolegliwości typowe dla przypadkowo uszkodzonego organu.

Po trzecie, informacja o chirurgicznej interwencji w danym rejonie i np. podwiązaniu dużego naczynia krwionośnego ma istotne znaczenie w przypadku kolejnego zabiegu w tym obszarze.

A co, w przypadku, gdy skutku nie udało się odwrócić?

Trwały uszczerbek na zdrowiu

Tutaj obowiązują takie same zasady – pacjent ma prawo do pełnej informacji o swoim zdrowia. Tym bardziej powinien zostać poinformowany o tym, że powstał na jego zdrowiu nieodwracalny uszczerbek, np. uszkodzenie nerwu.

Te wyznania przychodzą jednak lekarzom najtrudniej, zarówno wobec pacjentów, jak i innych lekarzy. Powodem jest obawa przed odpowiedzialnością. Czasami przejawia się też syndrom nieomylności. Niektórzy z medyków gotowi są bronić go bez względu na koszty.

 

Szokującym tego przykładem jest przypadek laryngologa, któremu podczas zabiegu usunięcia trzeciego migdałka wyślizgnął się on do tchawicy operowanego dziecka i zaklinował drogi oddechowe. Laryngolog ukrył ten fakt przez anestezjologami wezwanymi do reanimacji, kiedy chłopiec zaczął sinieć. Poinformował ich jedynie o tym, że dziecko zasłabło. Anestezjolodzy podjęli dwie próby intubacji, które były nieskuteczne. Drogi oddechowe dziecka były zablokowane usuniętym organem, o czym oni nie wiedzieli. Laryngolog miał pełną świadomość, co uniemożliwia intubację oraz podjęcie skutecznej reanimacji małego pacjenta. Wolał jednak przemilczeć swój błąd niż przyznać się do nieumiejętnie wykonanego zabiegu. Dopuszczał świadomość tego, że chłopiec udusi się na jego oczach.

Skutki

Dopiero kolejna anestezjolog przybyła na salę zaczęła się dopytywać, gdzie jest wycięty migdałek. Lekarz odpowiedział, że migdałka nie ma. Domyśliła się wówczas, gdzie jest i że zablokował drogi oddechowe. Posługując się ssakiem wydobyła z dróg oddechowych migdałek w trzech kawałkach. Pozwoliło to na dokonanie udanej intubacji i przywrócenie krążenia. Jednak okres nagłego zatrzymania krążenia trwał ok. 10 minut. W konsekwencji pacjent doznał rozległego uszkodzenia ośrodka systemu nerwowego na skutek niedotlenienia mózgu. Ze zdrowego, prawidłowo rozwijającego się chłopca, stał się osobą w stanie wegetatywnym (M. Nesterowicz glosa do wyroku Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 9 marca 2001 r., I ACa 124/01).

Gdyby lekarz niezwłocznie poinformował zespół reanimacyjny o przyczynie zasłabnięcia dziecka, nie doszłoby do tak rozległych uszkodzeń. A gdyby przybyła na miejsce anestezjolog nie była tak spostrzegawcza, dziecko by zmarło.

Laryngolog został skazany prawomocnym wyrokiem karnym za przestępstwo popełnione umyślnie na szkodę swojego pacjenta, a roszczenie odszkodowawcze zostało uwzględnione przez sąd cywilny.

Ten skrajny przypadek pokazuje do jakich tragicznych skutków może doprowadzić kurczowa obrona swojego autorytetu – do jego całkowitej ruiny – zarówno na szczeblu moralnym, jak i zawodowym.

Taka postawa nie chroni – przeciwnie – skutkuje tym, że czyn, który pierwotnie był deliktem cywilnym – nieumiejętnie przeprowadzonym zabiegiem, stał się przestępstwem.

Pokazuje też znaczenie pracy zespołowej w medycynie. Niewykluczone, że gdyby laryngolog od razu po wypadnięciu migdałka postawił sprawę jasno, anestezjolodzy usunęliby sprawnie z dróg oddechowych i nie doszłoby do niedotlenienia, powodującego istotne uszkodzenia w mózgu.

Także jak widać, milczenie nie zawsze jest złotem…

***

Przeczytałeś: “Czy pacjent ma prawo do informacji o błędzie medycznym?”, zapraszam również do lektury:

 

Photo by National Cancer Institute on Unsplash

„Czy mama kilkumiesięcznego chłopca chorego na białaczkę i tato kilkulatki z guzem mózgu ma być w polskim szpitalu traktowany gorzej niż mama i tato wcześniaka? A tak właśnie się dzieje. Rodzice przedwcześnie urodzonych dzieci są szczepieni przeciwko COVID-19 w pierwszej kolejności, a ci, których dzieci leżą na onkologii, już nie. I nie mogą odwiedzić córki czy syna w szpitalu.”

Tak rozpoczyna swój artykuł Agnieszka Sztyler-Turovsky z Onetu, podejmując temat opisany przeze mnie we wpisie: „Szczepienia dla rodziców pacjentów onkologicznych”.

Powstał z tego bardzo poruszający materiał. Jestem dumna i szczęśliwa, że dałam temu przyczynek.

Szczepienia dla rodziców pacjentów onkologicznych cd

 

 

Szacuje się, że w Polsce każdego roku około 1200-1300 dzieci zapada na chorobę nowotworową. Do dramatów towarzyszących tej chorobie u najmłodszych pandemia dodała kolejne – ograniczenie kontaktów dziecka leczonego onkologicznie z najbliższymi. Rozwiązaniem mogą być szczepienia dla rodziców pacjentów onkologicznych

Szczepienia dla rodzicow pacjentow onkologicznych

Ograniczenia kontaktów z pacjentami

Ze względu na konieczność zapobiegania zakażeniom COVID-19 szpitale musiały wprowadzić procedury ograniczające kontakty z leczonymi w nich dziećmi. W jednych szpitalach przy każdych odwiedzinach rodzice mają wykonywany test na COVID-19.

Na jego wyniki czekają po kilka godzin, skracając o ten czas spotkanie z dzieckiem. W innych, wraz z przyjęciem dziecka do szpitala przyjmowany jest jeden rodzic, który może zostać z dzieckiem w szpitalu przez cały okres leczenia.

Jeżeli opuści szpital, nieważne z jak ważnych powodów osobistych czy rodzinnych, nie ma już możliwości powrotu, a dziecko zostaje samo.

Trauma związana z leczeniem

Leczenie onkologiczne trwa miesiącami. Rodzice dzieci chorych na raka nierzadko po zakończeniu leczenia dziecka są tak straumatyzowani, że sami muszą poddać się terapii, jak w przypadku stresu pourazowego.

A przecież kluczowe jest, aby rodzic przebywający w szpitalu miał w sobie siłę, aby otoczyć dziecko opieką i wsparciem.

Z pewnością sprzyjałaby temu możliwość zamienia się przez rodziców. Nie mówiąc już o samej potrzebie kontaktu dziecka z drugim opiekunem.

Ryzyko zachorowania na COVID-19 przez pacjentów onkologicznych

Problematyczny jest też okres pomiędzy poszczególnymi cyklami chemioterapii. Dzieci wracają wtedy do swoich domów, a tam od najbliższych mogą zarazić się koronawirusem.

Zachorowanie na COVID-19 dla pacjentów onkologicznych oznacza przerwanie leczenia.

Ale nie tylko…

Z danych konsorcjum COVID-19 and Cancer (CCC19) wynika, że śmiertelność związana z zakażeniem COVID-19 wśród chorych na nowotwory wynosi od 5 do 61 proc. i jest wielokrotnie wyższa niż w całej populacji (2-3 proc.).

Zmarła już czwórka pacjentów Przylądka Nadziei z powodu COVID-19. Byli w domu, zarazili się najprawdopodobniej od rodziców. Gdyby rodzice tych dzieci byli zaszczepieni, nasi pacjenci byliby wśród nas. – napisał, w mediach społecznościowych, prof. Krzysztof Kałwak z Przylądka Nadziei – Kliniki Onkologii i Hematologii Dziecięcej we Wrocławiu.

Szczepienia przeciwko COVID-19

Niestety małych pacjentów nie można zaszczepić przeciw COVID-19. Szczepionki nie są zarejestrowane dla dzieci poniżej 16 roku życia.

Rozwiązaniem jest strategia kokonowa, która polega na szczepieniu członków rodzin. Stwarza to barierę na kształt wspomnianego kokonu, chroniącego dziecko przed patogenem. Zastosowanie tej strategii rozwiązałoby problem odwiedzin w szpitalach oraz ochrony dzieci w domach pomiędzy kolejnymi etapami leczenia szpitalnego.

Rodzice dzieci chorych onkologicznie wystosowali więc apel do Premiera oraz Ministra Zdrowia o objęcie ich szczepieniami ochronnymi przeciwko COVID-19 jak personel medyczny. Podobne rozwiązanie zostało zastosowane wobec rodziców wcześniaków. Zostali oni włączeni do szczepień w grupie 0, żeby bez przeszkód mogli odwiedzać swoje dzieci w szpitalach.

Minister Zdrowia Adam Niedzielski ogłaszając tę informację, napisał w mediach społecznościowych: „Priorytet w dostępie do szczepień musi wynikać ze szczególnego ryzyka i potrzeby a nie znajomości lub statusu publicznego”.

Rodzice dzieci chorych onkologicznie znajdują się w takiej samej sytuacji, jak rodzice wcześniaków.

Szczepienia dla rodziców pacjentów onkologicznych

Mimo tego, w przypadku apelu rodziców pacjentów onkologicznych Ministerstwo Zdrowia zasłania się ograniczoną liczbą szczepionek.

Mnie ta odpowiedź nie przekonuje.

Przede wszystkim grupa, która miałaby zostać dodatkowo zaszczepiona nie jest duża – przy 1200-1300 dzieciach, które zapadają na choroby nowotworowe rocznie.

Po drugie, trzeba przyjrzeć się uważnie dystrybucji szczepionek pomiędzy dotychczas zaszczepioną grupę 0 i 1. Czy faktycznie politycy, pracownicy biur poselskich, nauczyciele akademiccy od roku uczący on-line, bardziej potrzebowali tych szczepionek niż rodzice dzieci chorujących i umierających na raka?!

Naruszenie zasady równości wobec prawa

Uważam, że ograniczenie dostępu do szczepionek rodzicom dzieci chorych onkologicznie narusza konstytucyjną zasadę równości wobec prawa oraz równego dostępu do świadczeń medycznych. W konsekwencji powoduje odpowiedzialność odszkodowawczą Skarbu Państwa.

Problem polega jednak na tym, że żadne odszkodowanie nie przywróci bezcennego czasu. Czasu, który można było spędzić z najbardziej tego potrzebującym dzieckiem.

Tu znajduje się link do petycji rodziców małych pacjentów. Możesz też kliknąć w obrazek, aby podpisać petycję.

Testy na COVIDW moim poprzednim artykule na temat nowej strategii Ministerstwa Zdrowia w walce z koronawirusem sygnalizowałam wątpliwości co do ścieżki diagnostycznej zaproponowanej przez resort.

Dotyczyły one głównie:

  • sposobu diagnostyki, który faktycznie opóźnia moment zlecania testów na COVID i ogranicza ich liczbę oraz
  • możliwości organizacyjnych przychodni w kontekście przyjmowania pacjentów potencjalnie zakażonych koronawirusem bez narażania na zakażenie pozostałych pacjentów.

                     Zastrzeżenia lekarzy POZ

Koncepcja ogłoszona przez resort zdrowia nie przeszła również bez echa wśród lekarzy, szczególnie podstawowej opieki zdrowotnej. To na nich przerzucono bowiem zasadniczy ciężar diagnozowania chorych na COVID-19. Nie otrzymali jednak do tego odpowiednich narzędzi.

Zastrzeżenia lekarzy POZ dotyczyły głównie możliwości zlecenia testu dopiero po fizykalnym badaniu pacjenta:

Badanie fizykalne w żaden sposób przecież nie pozwala odróżnić zakażenia wirusem SARS-CoV-2 od zakażenia wirusem grypy, czy innymi wirusami paragrypowymi.

Podkreślali też, że wizyta covidowego pacjenta w przychodni stanowi potencjalne źródło wybuchu nowego ogniska epidemii, skutkującego łańcuchem zakażeń.

Test na COVID zlecony w ramach teleporady

Ostatecznie w przepisach, które weszły w życie 9 września ustalono, że druga wizyta lekarska, podczas której w uzasadnionych przypadkach lekarz będzie kierował na test, również może być teleporadą.

Jak przekazał Minister Zdrowia:

Zdecydowaliśmy utworzyć pewnego rodzaju „furtkę”, czyli rozwiązanie, że w przypadkach najbardziej oczywistych, gdzie podejrzenie koronawirusa graniczy z pewnością – gdy jest gorączka powyżej 38 stopni, kaszel, duszności, utarta węchu lub smaku – nie będzie konieczności odbycia tradycyjnej wizyty i badania fizykalnego przed zleceniem testu.

Warunkiem jest wystąpienie czterech objawów, to jest gorączki powyżej 38 stopni Celsjusza, kaszlu i duszności oraz utraty węchu lub smaku.

Czy faktycznie jest to rozwiązanie, które cokolwiek zmienia?

Prezes Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia Bożena Janicka wskazuje:

Jeżeli muszę mieć cztery twarde objawy, to jako medyk, mając pacjenta, który ma gorączkę piątą lub siódmą dobę, do tego ma kaszel, duszność i zaburzenia smaku, to na pewno nie wyślę go do kolejki na wymaz, tylko wyślę go na oddział, bo on już ma pełen obraz choroby. My nie potrzebujemy wymazu, gdy mamy 99 proc. pewności, że to jest COVID.

Ponadto, jak piszą lekarze POZ z Porozumienia Zielonogórskiego w liście otwartym do Ministra Zdrowia tylko 3-4 proc. zakażonych osób ma jednocześnie objawy wymienione w rozporządzeniu. 

Pozostali potencjalnie zakażeni pacjenci powinni zostać zbadani fizykalnie. Dopiero wówczas lekarz, zgodnie z rozporządzeniem, może skierować ich na test w kierunku COVID-19.

Skoro badanie fizykalne w żaden sposób nie pozwala odróżnić zakażenia wirusem SARS-CoV-2 od zakażenia wirusem grypy, czy innymi wirusami paragrypowymi, to wygląda na to, że ma się odbyć wyłącznie pro forma, aby spełnić wymogi z rozporządzenia.

Na usta ciśnie się więc pytanie, czy w lekarz musi zastosować się do przepisów określających zasady kierowania na testy na COVID?

Ograniczenia z rozporządzenia a wskazania aktualnej wiedzy medycznej

Lekarz ma obowiązek wykonywać zawód, zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, dostępnymi mu metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania i leczenia chorób, zgodnie z zasadami etyki zawodowej oraz z należytą starannością (art. 4 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty).

Zarówno aktualna wiedza medyczna, zasady etyki zawodowej jak i należyta staranność przemawiają za tym, żeby pacjentów kierować na testy jak najszybciej.

Problem pojawia się w kontekście „dostępnych metod”, czyli ograniczenia możliwości skierowania pacjenta na test dopiero:

  • po 3-5 dniach od pierwszej teleporady,
  • w ramach drugiej teleporady, gdy u pacjenta wystąpią jednocześnie: gorączka powyżej 38 stopni, kaszel, duszności, utarta węchu lub smaku, lub
  • po badaniu fizykalnym.

Moim zdaniem lekarz może wypisać skierowanie na test bez zachowania tej ścieżki. Uprawnia, a nawet zobowiązuje go do tego właśnie cytowany art. 4 ustawy o zawodzie lekarza. Medyk ma podjąć taki sposób postępowania (leczenia), które powinno, przy zachowaniu aktualnego stanu wiedzy i zasad staranności, zmierzać do wyleczenia, a przede wszystkim do nie narażania pacjentów na pogorszenie stanu zdrowia.

Dolewając oliwy do ognia, dodam jeszcze, że dotyczy to nie tylko potencjalnie chorego na COVID, ale także pacjentów przewlekle chorych, znajdujących się w grupie ryzyka i czekających na wizytę w poczekalni. Tej samej, w której pojawi się covidowy pacjent przed  badaniem fizykalnym pro forma poprzedzającym wystawienie skierowania na test …

 strategia Ministerstwa Zdrowia w walce z koronawirusemTak miało być:

Lekarze rodzinni w ramach teleporady będą wysyłać pacjentów na test w kierunku COVID-19.

Lekarze rodzinni uważają, że plan resortu to dobry kierunek. Mają jednocześnie wątpliwości, czy wystarczy testów.

Tak będzie*:

Chcielibyśmy, żeby ta opieka zaczynała się od teleporady, jest to rozwiązanie, które się bardzo upowszechniło i które również ogranicza ryzyko transmisji wirusa. Ale jeżeli będą się objawy przedłużały i po 3-5 dniach utrzymywały bądź nasilały, to wtedy oczywiście jest konieczność pionowanego badania i tutaj chcemy, żeby to było badanie fizykalne, bo ono ma poprzedzić decyzję o skierowaniu na badanie w kierunku COVID-u, czyli na wymaz – tłumaczył szef resortu zdrowia”.

POZ-ty na pierwszej linii w walce w koronawirusem

Dziś Minister Zdrowia ogłosił nową strategię w walce z koronawirusem. Komentarzy ekspertów brak w sieci, a mi na usta ciśnie się wiele pytań. Głównie związanych z przeniesieniem ciężaru walki z COVID na POZ-ty.

Zastanawiam się, jak przychodnie, do tej pory albo zamknięte, zwłaszcza w początkowej fazie epidemii, albo działające głównie w trybie teleporad, mają stać się bastionem w walce z koronawirusem? Jaka zmiana musi dokonać się w nastawieniu lekarzy rodzinnych? Przez ostatnie pół roku prawie nie widywali swoich pacjentów. Teraz w okresie największego wzrostu zachorowań mają być wystawieni na pierwszy front?

Kto przygotuje do tego organizacyjnie przychodnie? Z reguły mają ono jedno wejście i ciasny korytarz ciągnący się przez cały budynek, na którym w starych dobrych czasach tłoczyli się kichający i kaszlący pacjenci. Teraz mogą oni co najwyżej wisieć na łączach telefonicznych albo kłębić się, ale w kolejce do rejestracji. Lekarz najpierw przyjmie ich w formie teleporady.

Ścieżka diagnostyczna pacjenta z koronawirusem

Zastanawia mnie też ścieżka diagnostyczna zaproponowana przez Ministerstwo Zdrowia.

Najpierw teleporada, jeżeli po 3-5 dniach objawy będą się utrzymywały bądź nasilały, to dopiero wówczas badanie fizykalne u lekarza. Przypominam, że mówimy o strategii w walce z koronawiursem, a więc o gorączce, kaszlu i duszności. Ręka do góry komu kaszel minął w ciągu 3-5 dni.

Czemu więc ma służyć to czekanie? I czy lekarz, który już podczas teleporady podejrzewa u pacjenta COVID też musi czekać? Nie może wcześniej skierować pacjenta na badanie? Czy dotyczy to też pacjentów z grupy podwyższonego ryzyka? A co, jeżeli okaże się, że po tych 3-5 dniach będzie za późno? Kto będzie za to odpowiadał? Oczywiście lekarz – ten ma leczyć wg aktualnej wiedzy medycznej a nie strategii Ministerstwa Zdrowia.

Załóżmy, że pacjent szczęśliwie dożył badania fizykalnego i został zakwalifikowany do wykonania testu. Wynik, jak pójdzie bardzo dobrze, otrzyma następnego dnia. W sumie od teleporady do dnia diagnozy minie w optymistycznym scenariuszu 4-6 dni.

Scenariusz może zmienić wersję na mniej optymistyczną, jeżeli chory napotka na swojej drodze typowe bariery, tj. wiecznie zajęta linia, czy „brak numerków” na wizytę lekarską.

Kończąc przypomnę wniosek prof. Josepha Larsena z University of Southern California, że wczesne rozpoznanie COVID-19 może mieć kluczowe znaczenie dla skuteczności leczenia tej choroby i zapobieganiu jej powikłań.

Jak wiadomo, leczenie powikłań jest najbardziej kosztowne. O koszcie etycznym nie wspominając…

Czy warto więc oszczędzać na testach?

* rozporządzeniem z dnia 9 września Minister Zdrowia wprowadził zmiany do strategii ogłoszonej 3 września; opisałam je w artykule: Testy na COVID – rozdźwięk między rozporządzeniem Ministra Zdrowia a wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej